WTA – wyjazd do Berlina – okiem Nowego :)

Piotr Kierzkowski
fot. Wojcich Płacheta

Gorączka niedzielnego poranka

Cała jednodniowa wycieczka odbyła się 10 kwietnia 2005. Zbiórka o 5-tej rano, koło dworca PKS. Brrrrr! Ciemno, mokro, zimno i… na szczęście nie głodno, bo śniadanie przepisowo zjadłem przed wyjściem z domu. Na przystanku spora grupka (jeszcze) nieznanych mi ludzi, którzy na moje pytanie „WTA, jak mniemam?” pokiwali głowami. Potem przyjechał busik, wyglądający jakby do Meleksa ktoś przyczepił wielką kabinę dla pasażerów. Małe zamieszanie przy wsiadaniu (trzeba było wykopsać nadmiarowego kierowcę, który jak niepyszny wysiadł pod domem, trzymając kanapki w eleganckim foliowym woreczku) i jazda!

Intercity – czyli między miastami

Brama wejściowa Ogrodu Zoologicznego

Droga między Wrocławiem a Berlinem upłynęła nam na konwersacjach około akwarystycznych oraz na ściemnianiu mocno nieletniej córeczki jednego z kolegów, że przyciski nad fotelami (na panelu klimatyzacji) służą do wzywania siostry przełożonej. Jak się okazało, dojazd do Berlina to był pikuś, w porównaniu z przedarciem się przez to ogromne miasto. Jedzie się i jedzie, i jedzie, i ciągle jest centrum miasta. W każdym razie udało się nam dojechać aż do parkingu pod Ogrodem Zoologicznym i wszyscy szczęśliwie wylądowali przed wejściem.

Technikalia

Wstęp – 10 euro dorośli za samo Akwarium, 15 euro za Akwarium i Ogród Zoologiczny. Dzieciaki odpowiednio 5 i 7,5 euro. Warto dodać, że obecnie ceny nieco wzrosły, zapewne z uwagi na sezon (piszę te słowa w lipcu!). W sumie ekspozycja składa się z 79 zbiorników, w których eksponowane jest ok. 4500 zwierząt (nie liczyłem ich, podaję za serwisem www Berlińskiego Zoo). Przyznam szczerze, że ogromu pracy, jaki został włożony w urządzenie tego wszystkiego, co znajduje się w Berlińskim Akwarium, nie doceniłem od razu. Musiałem dopiero przyjechać tu po raz drugi, w majowy weekend, na spokojnie jeszcze raz na wszystko popatrzeć, i dopiero wtedy dotarło do mnie, że to Akwarium to naprawdę jest Coś! Na pierwszy rzut oka wydaje się, że to po prostu kilkadziesiąt zbiorników z rybami. Rzecz jasna całe zaplecze techniczne jest ukryte przed zwiedzającymi, ale w akwariach rzadko kiedy można dostrzec nawet głupi wlot do filtra. To wszystko jest bardzo sprytnie ukryte przed wzrokiem – jedynie po falowaniu roślin czy koralowców widać, że w akwariach jest prąd wody.

Rafa koralowa

Raj dla morszczaków

Wspaniałą ucztę mają tu miłośnicy akwarium morskiego – niemal połowa zbiorników prezentuje właśnie zwierzęta morskie. Największe wrażenie robi chyba zbiornik o pojemności ok. 11 000 litrów, w którym odtworzono biotop rafy koralowej. Bajecznie kolorowe ryby, będące w ciągłym ruchu (bez lampy błyskowej trudno zrobić nie poruszone zdjęcie, mimo że zbiornik jest bardzo jasno oświetlony), a w tle żywe, wachlujące czułkami koralowce – naprawdę wygląda to tak, jakbyśmy nurkując obserwowali prawdziwą rafę, gdzieś na końcu świata! Podobne wrażenie robi zbiornik (nie wiem, czy można używać określenia „akwarium” do czegoś wielkości kilku pokojów…) sięgający od podłogi do sufitu, w którym pływa kilka gatunków całkiem sporych rekinów (niektóre osobniki z pewnością miały ok. 3 m długości). Tuż obok zbiornika z rekinami znajduje się drugi, podobnych rozmiarów, w którym eksponowane są ryby otwartej toni morskiej, m.in. makrele o długości ok. 60-70 cm. Na początku sądziłem, że to tuńczyki, ale tabliczka z nazwami gatunków rozwiała wątpliwości. Z wielkości tego zbiornika zdałem sobie sprawę, gdy obserwowałem ławicę makreli, pływających przy ścianie przeciwległej do mojego punktu obserwacyjnego. W pewnym momencie ławica zawróciła i zaczęła płynąć w moim kierunku. Rzadko się zdarza obserwować takie ryby od przodu – a przywodzą na myśl torpedy, wystrzelone z okrętu podwodnego. I tak płynęły, płynęły, płynęły – i wciąż były daleko ode mnie! O takiej przestrzeni, pozwalającej rybom dłuższy czas płynąć w naszym kierunku, możemy tylko pomarzyć w naszych domowych warunkach, a szkoda, bo efekt jest niesamowity! No, chyba że ktoś całe mieszkanie zaleje wodą po sufit, wtedy powinno być akurat…

„Size does matter”, czyli zbiorniki biotopowe

Oddzielnie warto wspomnieć o pięciu zbiornikach biotopowych, prezentujących równocześnie ryby danego rejonu geograficznego i roślinność porastającą brzegi wód w tymże rejonie. Gigantyczne tafle akrylu oddzielają od zwiedzających 5 pomieszczeń, wyglądających jak fragment palmiarni skrzyżowany z basenem pływackim– tyle że ściany basenu są przezroczyste, a w wodzie pływają setki ryb.

Ogromne biotopowe zbiorniki

Arapaima gigas

Nigdy wcześniej nie widziałem tak wielkiego stada monodaktylusów i argusów, przemykających pomiędzy zatopionymi korzeniami drzew. W zbiornikach biotopowych prezentowane są także ryby naprawdę wielkie – piranie paku długości ok. 0,5 m, 1,5 metrowe arapaimy o wspaniale urzeźbionych kościach czaszki oraz wielkie sumy rekinie (ok. 1,2 m), wyglądające jak jeden węzeł mięśni, niezwykle zwinne i szybkie. W Berlińskim Akwarium jest okazja zobaczyć te ogromne ryby na żywo, w ruchu, w zbiornikach tak wielkich, że umożliwiają zwierzętom rozpędzenie się i błyskawiczne zwroty. Oczywiście w skład ekspozycji wchodzi także cała masa zbiorników o rozmiarach bardziej konwencjonalnych. Prezentowane w nich są m.in. ryby z jezior Tanganika i Malawi, proporczykowce, różne kąsaczowate, węgorze elektryczne, czy wreszcie poczciwe skalary (które i tak są tu wyrośnięte do rozmiarów rzadko spotykanych w naszych domach). Wymienianie wszystkich tych ryb nie ma sensu – dość zapewnić, że całość łączy się w naprawdę fascynującą ekspozycję, którą koniecznie trzeba zobaczyć podczas wizyty w Berlinie.

Ekspozycja Sea Life

Po zwiedzeniu Akwarium i Ogrodu Zoologicznego przyszła kolej na drugi punkt programu – czyli wizytę w ekspozycji Sea Life, otwartej niedawno w samym centrum Berlina. Najlepsze było to, że w grupie, w której i ja się znalazłem po wyjściu z Zoo, w zasadzie nikt nie wiedział nic pewnego o Sea Life. Ktoś wiedział, że taka wystawa w ogóle jest, ktoś inny znał nazwę ulicy, a ja wiedziałem, jak wyglądają budynki, w których całość się znajduje. Połączyliśmy to wszystko razem i padło hasło „Jedziemy!”.

Szybcy i wściekli (lub „Gone in 600 seconds”)

Szybki trucht do najbliższej stacji metra zakończył się ostrym hamowaniem przed rozkładem jazdy, opisanym w języku znanym m.in. z „Czterech pancernych”, co nie znaczy, że zrozumiałym. Gonił nas czas, byliśmy w obcym, nieznanym mieście – w takich warunkach inteligencja wspomagana adrenaliną zaczyna pracować na najwyższych obrotach. Rozgryźliśmy ten rozkład, doszliśmy na właściwy peron i wsiedliśmy do właściwego pociągu! I to wszystko w czasie ok. 10 minut od chwili napotkania problemu z rozkładem! Tu jednak trzeba też zwrócić honor Niemcom, bo tak naprawdę ten ich rozkład był świetnie pomyślany – i to temu zawdzięczamy szczęśliwe dotarcie pod drzwi wejściowe wystawy Sea Life (wstęp dla osoby dorosłej kosztował w kwietniu 13,5 euro). Tu błyskawicznie ochłonęliśmy, a szczęki zaczęły nam opadać coraz niżej.

Przepraszam, którędy na powierzchnię?

Wystawę Sea Life można określić jednym jedynym słowem – Klimat (przez duże „K”). Klimat stworzony przez niezbyt głośną muzykę, która cały czas sączy się z wszechobecnych głośników. Cała wystawa to ciąg kilku pomieszczeń, zatopionych w półmroku, połączonych wąskimi, ciemnymi korytarzykami. Niemal jedynym źródłem światła są zbiorniki z rybami. To, w połączeniu z muzyką, daje efekt zwalający z nóg – ma się wrażenie zanurzenia w kompletnie innej rzeczywistości, w której nad głową przewalają się wielkie fale, a poniżej panuje absolutny spokój głębin… Świetnym pomysłem organizatorów jest także użycie w wielu miejscach półokrągłych lub pofalowanych w najróżniejszy sposób tafli akrylu, zamiast zwykłych prostych ścian zbiorników. Rozwiązanie to, drażniące mnie w typowych akwariach panoramicznych, tu sprawdza się znakomicie, nadając niewielkim czasem zbiornikom wrażenie ogromnej głębi.

Z biegiem rzek aż do morza

Cała wystawa to ponad 20 zbiorników, zawierających w sumie ok. 20 mln litrów słodkiej i słonej wody. Warto podkreślić, że mamy tu bardzo rzadką okazję obejrzeć ryby z naszych, środkowoeuropejskich wód śródlądowych i morskich – w akwariach ogrodów zoologicznych z reguły prezentowane są przecież ryby tropikalne (w Berlińskim Zoo także!). Zbiorniki Sea Life ułożone są w logicznej kolejności – zwiedzanie zaczynamy od fragmentu górskiego potoku z pstrągami tęczowymi, następnie posuwamy się w dół wraz z biegiem rzeki, mając okazję obejrzeć piękne okazy okoni, karpi czy jesiotrów, by wreszcie dotrzeć do strefy przyujściowej, w której sztuczne fale rozbijają się o kamienny brzeg i kołyszą wędrującymi po dnie zbiornika langustami.

Potem krótki spacer ciemnym korytarzem doprowadza nas do kolejnej atrakcji – wkraczamy w strefę otwartego oceanu, zamieszkiwaną przez ryby ławicowe. Pomieszczenie im poświęcone jest okrągłe, a akwarium, mające kształt pączka z dziurą, znajduje się dookoła widzów. Dzięki takiemu rozwiązaniu ryby mogą płynąc wciąż przed siebie, w kółko, a widz z otwartą paszczęką kręci się razem z nimi, nie wiedząc już, czy to sen, czy jawa. Nie przesadzam, to naprawdę jest niesamowite, zwłaszcza w połączeniu z muzyką! Następne pomieszczenia i zbiorniki, w których prezentowane są m.in. witlinki, wielkie, około metrowej długości płastugi czy całe ławice ryb z Atlantyku, nie zrobiły już na mnie takiego wrażenia. Na końcu jest otwarta w tym roku ekspozycja koników morskich, a z niej przechodzi się do sklepu z pamiątkami. Tu następuje lekkie zdziwienie, bo nie było przecież jeszcze największej atrakcji! Ale spokojnie – to, na co wszyscy czekali, znajduje się w drugim budynku, nota bene siedzibie hotelu Radisson SAS.

Dwa miliony litrów wody w hotelu

O jakiej atrakcji mowa? Bagatela – o gigantycznej, ok. 30 metrowej wysokości i 8 metrowej średnicy akrylowej tubie, wypełnionej 2 mln litrów morskiej wody. Tuba stoi na środku czegoś, co można nazwać wewnętrznym dziedzińcem hotelu, przykrytym przezroczystym dachem. W wodzie pływa ok. 2500 ryb z Morza Czerwonego i Oceanu Indyjskiego, natomiast przez środek zbiornika przebiega przezroczysta rura, a w rurze jeździ dwupoziomowa winda! Przejazd nią zajmuje kilka minut, w trakcie których przewodniczka omawia szczegóły konstrukcji zbiornika oraz gatunki ryb, pływające wszędzie dookoła. Widok wielkich ławic monodactylusów, przepływających na tle balkonów 6 piętra hotelu, bardzo długo pozostaje w pamięci.

Wielki come back

I to już było wszystko, co mieliśmy zobaczyć w Berlinie. Potem był szaleńczy bieg do metra, żeby zdążyć na godzinę odjazdu autobusu, a potem już podróż powrotna, w czasie której w autobusie było o wiele ciszej niż w trakcie jazdy do Berlina – każdy przytłoczony ogromną dawką wrażeń siedział spokojnie, trawiąc pomalutku wspomnienia… Oraz hamburgery, zakupione w McDonaldzie na kilka minut przed odjazdem.

Leave A Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *