Lista Rudickiego – czyli życie akwarysty to nie tylko ryby!

Piotr Kierzkowski
fot. Piotr Kierzkowski, Wojciech Stańczak

Wielkie plany

Propozycja wyjazdu do Iva Rudickiego, czeskiego hodowcy ryb karpieńcowatych (adres internetowy firmy www.easyfish.cz), pojawiła się jeszcze w czerwcu tego roku. Jest wśród członków Wrocławskiego Towarzystwa Akwarystycznego grupka ludzi zainteresowana tymi rybami, no i tak jakoś, od słowa do słowa, wyszło na to, że jedziemy do Ivo po ryby. Niedługo potem jeden z kolegów rozesłał listę ryb, które Ivo ma na sprzedaż. Wszystkim opadły szczęki, ponieważ lista zawierała, bagatela, 121 pozycji. Większość z tego to były karpieńce, ale kilkanaście innych gatunków też się znalazło. Zapanowała gorączka przemyśleń, co kto by chciał i ile sztuk (i gdzie by to wszystko wcisnąć w domu!), a uczestnicy wycieczki dostali szczegółowe wytyczne od osób, które nie mogły jechać, dotyczące tego co im kupić. Krótko mówiąc zapanował nastrój jak przed Gwiazdką!

Triumfalny początek

Ivo Rudicky mieszka w małej miejscowości Kostelec, leżącej niedaleko nieco większej miejscowości Kyjov. Do przejechania mieliśmy 290 km. Zaopatrzeni w mapy, atlasy drogowe, listę Rudickiego oraz listę zakupów dla siebie i bliźnich wyruszyliśmy w sobotę 03.09.2005, o godz. 8:15 rano, po uwzględnieniu słusznej uwagi jednego z nas, że trzeba wyjechać wcześniej, na wypadek gdyby była kolejka na granicy. Zapobiegliwość ze wszech miar słuszna, tym bardziej że i tak nie byliśmy w stanie przewidzieć tego, co się będzie działo po drodze. Przebita opona, restauracja z obsługą działającą najwolniej na świecie, lekkie zgubienie drogi w pewnym momencie oraz centrum Kyjova wyłączone z ruchu z powodu wyścigów motocykli lub gokartów (nie było widać z powodu tłumów otaczających trasę) – te przyczyny spowodowały, że zamiast 4 godzin jechaliśmy 8 i tylko wrodzone poczucie humoru powstrzymało nas od załamania nerwowego.

Wreszcie u celu

Trzeba przyznać, że Ivo Rudicky wykazał się niezgłębionymi pokładami cierpliwości. Czekał na nas pół dnia, odbierając kolejne telefony o tym, że „będziemy trochę później, bo…”, a gdy w końcu do niego dotarliśmy, nawet nie był zły ani zniecierpliwiony – albo nie dał po sobie poznać. Być może wizyty świrów z całej Europy są dla niego chlebem powszednim i po prostu przyzwyczaił się do opóźnień? Tak czy owak, cała hodowla znajduje się w willi, która z zewnątrz nie wykazuje najmniejszych oznak pasji swojego właściciela. Ot, po prostu ładny, duży dom z ogrodem. Po wejściu do salonu okazuje się, że właściciel jednak nie jest tak do końca normalny – gości wita olbrzymie, morskie akwarium, idealnie wkomponowane w ścianę i stanowiące wspaniałą dekorację skądinąd bardzo stylowo urządzonego wnętrza. Pojemność zbiornika w kształcie delty to banalne 1500 l. Sporo wody – a do tego koralowce, kilkanaście ryb, pełzające po dnie jeżowce i pewnie cała masa innych ciekawych zwierząt. Nie mogliśmy sobie także odmówić zajrzenia na zaplecze zbiornika morskiego. A tam 500 l sump, dwa odpieniacze, masa rur, oświetlenie z kilku lamp HQI i aktynicznych jarzeniówek, oraz dwa poziomy podłogi, żeby to wszystko pomieścić. Niestety nie było czasu, żeby się przyglądać, bo z powodu naszego spóźnienia Ivo mógł nam poświęcić tylko godzinę.

Akwarium morskie w salonie Ivo Rudickiego (fot. PK)

Zaplecze zbiornika morskiego (fot. PK)

Hodowla pełna bulgotu

Udaliśmy się więc za właścicielem do pokoju hodowlanego. Tu kolejne zaskoczenie, ponieważ pomieszczenie to okazało się bardzo małe. Oczekiwaliśmy wielkiej hali, a tymczasem cała hodowla mieści się w pomieszczeniu wielkości ok. 3 x 3 m! Pierwsze wrażenie po wejściu do środka – wszechobecny bulgot filtrów gąbkowych napędzanych powietrzem. I wszędzie regały, półki, półeczki, dosłownie każda wolna płaska powierzchnia (łącznie z większą częścią blatu niewielkiego stołu przy oknie) zastawiona pojemnikami z rybami. Akwaria były wszędzie, nie wiedzieliśmy, na co najpierw patrzeć.

Pomieszczenie hodowlane – akwaria, akwaria, akwaria… (fot. PK)

… i jeszcze trochę akwariów, oraz kolbki, w których wylęga się artemia (fot. PK)

Dlaczego nie wykorzystać również narożników między stelażami? (fot. PK)

Stół to równie dobre miejsce na wylęg narybku, jak każde inne (fot. PK)

Kilka zbiorników było dość sporych, na oko ze 200 l pojemności, ale większość stanowiły maluchy pojemności 20-30 l., robione specjalnie na zamówienie, pod wymiar do regałów, tak by udało się to wszystko sensownie rozplanować nie marnując miejsca. Dużo też było całkiem małych plastikowych pojemników, w których pływał sobie i podrastał narybek. W oczy rzucało się jeszcze jedno – niemal absolutny brak wijących się wszędzie przewodów elektrycznych, tak charakterystycznych dla pomieszczeń z większą liczbą akwariów. Chwila uważnej obserwacji pozwoliła wyjaśnić dziwne zjawisko – otóż niemal wszystkie filtry w akwariach napędzane były powietrzem. Grzałek nie było, a oświetlenie zamontowane zostało od spodu półek regałów. Taki system spowodował, że jedynym tu i ówdzie widocznym „okablowaniem” całej hodowli były przezroczyste wężyki prowadzące powietrze do filtrów. Bardzo wygodne rozwiązanie!

Ryb całe stada

Największą atrakcją hodowli Iva były oczywiście proporczykowce. Bardziej szczegółowe informacje o cennych i rzadkich gatunkach oraz o warunkach ich hodowli można znaleźć w ramce, ponieważ poprosiłem o współpracę Wojtka Stańczaka z WTA, który zgodził się skreślić na ten temat parę słów. Z innych gatunków obecnych u Iva dla mnie najciekawszy okazał się Tanichthys micagemmae, gatunek kardynałka z Wietnamu, opisany dopiero w 2001 roku. Piękna i bardzo nietypowo ubarwiona ryba, choć na pierwszy rzut oka widać, że to jednak kardynałek.

Kardynałki Tanichthys micagemmae (fot. PK)

Inne ciekawostki, rzadko spotykane w Polskich sklepach, to np. pochodzące z Australii prześliczne, niezwykle ubarwione Pseudomugil gertrudae, babki Chlamydogobius eremius (w dwóch odmianach, zwykłej i ksantorycznej), czy cała chmara potomstwa głowaczyków barwnych Tateurndina ocellicauda.

Nothobranchius kilomberoensis (fot. WS)

Fundulopanchax sjoestedti (fot. WS)

Fundulopanchax sjoestedti (fot. WS)

Fundulopanchax gardneri gold Rudicky (fot. WS)

Fundulopanchax puerzli (fot. WS)

Zakupoholicy

Po zapoznaniu się z tym, co mieszka w zbiornikach, rozpoczął się istny bieg przez płotki (czy raczej – przez akwaria!). Mieliśmy mało czasu, a w końcu przyjechaliśmy tu po ryby! W ruch poszła Lista Rudickiego i zrobiło się trochę nerwowo, bo prawie każdy chciał coś kupić dla siebie, a przecież mieliśmy jeszcze zdobyć ryby dla kolegów i koleżanek, którzy nie mogli z nami przyjechać. Ivo po raz kolejny wykazał się anielską cierpliwością i opanowaniem – ze spokojem, metodycznie odławiał kolejne osobniki kolejnych gatunków, cały czas panując nad tym, co kto chce kupić i kto ile sztuk potrzebuje.

Ivo w trakcie odłowów (fot. PK)

Wtedy też okazało się, że nie wszystkie gatunki na naszej Liście Rudickiego są u niego przez cały czas dostępne. Większość można zamówić, ale trzeba poczekać na sprowadzenie. Dlatego nadzieje niektórych z nas na kupienie od ręki wyjątkowo rzadkich gatunków zostały rozwiane. W wielu wypadkach, pomimo faktu obecności jakiegoś gatunku w akwarium, nasze pragnienia rozbijały się o zbyt małą liczebność osobników. Ivo miał na to jedną odpowiedź – rozmnożą się, będzie można kupić; wcześniej nie. Jednak pomimo tego nikt nie wyszedł z pustymi rękami. Nowych właścicieli znalazło i kilka gatunków proporczykowców, i P. gertrudae, i kardynałki T. micagemmae. W sumie zakupiliśmy ponad 80 ryb, a u Ivo obowiązuje tylko jedna cena – 20 koron za osobnika. Zdecydowanie warto było! Ryby zostały profesjonalnie popakowane w foliowe worki, w każdym worku wylądowała jedna pastylka „tlenu w tabletkach”, a Ivo dał nam na cały ten „urobek” wielkie pudło wyłożone w środku styropianem. Uregulowaliśmy należności, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną.

I wszystkie ryby zostały starannie zapakowane… (fot. PK)

.. i umieszczone w styropianowym pudle (fot. PK)

Bez winietki ani rusz

Byliśmy już na tyle zmęczeni, że podjęliśmy decyzję o kupnie winietki na najbliższej stacji benzynowej i pojechaniu jak najdłuższego kawałka autostradą. Koszt po rozłożeniu na 4 osoby był prawie żaden, a zysk czasowy i komfort jazdy był dla nas bardzo cenny. Droga powrotna, trwająca 5 godzin, minęła nam bez przygód – trudno się dziwić, w drodze do Ivo wyczerpaliśmy limit przeszkód na kilka wyjazdów!

Ivo Rudicky

Ivo Rudicky zaczynał swoją przygodę z akwarystyką tak, jak duża część z nas – w wieku 10 lat, od kilku gupików w słoiku z wodą. Od tego czasu, już przez 30 lat, wciąż zajmuje się akwarystyką. Po słoiku nadszedł czas na pierwsze akwarium, z molinezjami, zmienniakami i neonkami. Ale prawdziwa pasja rozpoczęła się, gdy znalazł w książkach zdjęcia ryb karpieńcowatych – od razu wiedział, że to właśnie TO! Pierwszymi rybami karpieńcowatymi Ivo stała się para Aphyosemion australe, przywieziona z Brna. W 1988 roku Ivo został członkiem-założycielem czechosłowackiego klubu hodowców ryb karpieńcowatych. W sumie w zbiornikach Ivo gościło około 200 gatunków i odmian karpieńców, większość z nich udało mu się rozmnożyć. Do swoich największych osiągnięć zalicza wyselekcjonowanie szczególnej odmiany barwnej Fundulopanchax gardneri gold, którą koledzy z klubu ochrzcili mianem Fundulopanchax gardneri gold Rudicky. Ryby hodowane przez Ivo zdobywały także nagrody na międzynarodowych wystawach, m.in. we Francji, Danii i Holandii.

 

Leave A Reply

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *