Artukuł ukazał się w Naszym Akwarium nr 74 (2006)



Lista Rudickiego – czyli życie akwarysty to nie tylko ryby!

Piotr Kierzkowski
fot. Piotr Kierzkowski, Wojciech Stańczak

Ivo Rudicki
Wojtek Stańczak o hodowli Ivo Rudickiego



Wielkie plany

Propozycja wyjazdu do Iva Rudickiego, czeskiego hodowcy ryb karpieńcowatych (adres internetowy firmy www.easyfish.cz), pojawiła się jeszcze w czerwcu tego roku. Jest wśród członków Wrocławskiego Towarzystwa Akwarystycznego grupka ludzi zainteresowana tymi rybami, no i tak jakoś, od słowa do słowa, wyszło na to, że jedziemy do Ivo po ryby. Niedługo potem jeden z kolegów rozesłał listę ryb, które Ivo ma na sprzedaż. Wszystkim opadły szczęki, ponieważ lista zawierała, bagatela, 121 pozycji. Większość z tego to były karpieńce, ale kilkanaście innych gatunków też się znalazło. Zapanowała gorączka przemyśleń, co kto by chciał i ile sztuk (i gdzie by to wszystko wcisnąć w domu!), a uczestnicy wycieczki dostali szczegółowe wytyczne od osób, które nie mogły jechać, dotyczące tego co im kupić. Krótko mówiąc zapanował nastrój jak przez Gwiazdką!

Triumfalny początek

Ivo Rudicky mieszka w małej miejscowości Kostelec, leżącej niedaleko nieco większej miejscowości Kyjov. Do przejechania mieliśmy 290 km. Zaopatrzeni w mapy, atlasy drogowe, listę Rudickiego oraz listę zakupów dla siebie i bliźnich wyruszyliśmy w sobotę 03.09.2005, o godz. 8:15 rano, po uwzględnieniu słusznej uwagi jednego z nas, że trzeba wyjechać wcześniej, na wypadek gdyby była kolejka na granicy. Zapobiegliwość ze wszech miar słuszna, tym bardziej że i tak nie byliśmy w stanie przewidzieć tego, co się będzie działo po drodze. Przebita opona, restauracja z obsługą działającą najwolniej na świecie, lekkie zgubienie drogi w pewnym momencie oraz centrum Kyjova wyłączone z ruchu z powodu wyścigów motocykli lub gokartów (nie było widać z powodu tłumów otaczających trasę) – te przyczyny spowodowały, że zamiast 4 godzin jechaliśmy 8 i tylko wrodzone poczucie humoru powstrzymało nas od załamania nerwowego.


Wreszcie u celu

Trzeba przyznać, że Ivo Rudicky wykazał się niezgłębionymi pokładami cierpliwości. Czekał na nas pół dnia, odbierając kolejne telefony o tym, że „będziemy trochę później, bo...”, a gdy w końcu do niego dotarliśmy, nawet nie był zły ani zniecierpliwiony – albo nie dał po sobie poznać. Być może wizyty świrów z całej Europy są dla niego chlebem powszednim i po prostu przyzwyczaił się do opóźnień? Tak czy owak, cała hodowla znajduje się w willi, która z zewnątrz nie wykazuje najmniejszych oznak pasji swojego właściciela. Ot, po prostu ładny, duży dom z ogrodem. Po wejściu do salonu okazuje się, że właściciel jednak nie jest tak do końca normalny – gości wita olbrzymie, morskie akwarium, idealnie wkomponowane w ścianę i stanowiące wspaniałą dekorację skądinąd bardzo stylowo urządzonego wnętrza. Pojemność zbiornika w kształcie delty to banalne 1500 l. Sporo wody – a do tego koralowce, kilkanaście ryb, pełzające po dnie jeżowce i pewnie cała masa innych ciekawych zwierząt. Nie mogliśmy sobie także odmówić zajrzenia na zaplecze zbiornika morskiego. A tam 500 l sump, dwa odpieniacze, masa rur, oświetlenie z kilku lamp HQI i aktynicznych jarzeniówek, oraz dwa poziomy podłogi, żeby to wszystko pomieścić. Niestety nie było czasu, żeby się przyglądać, bo z powodu naszego spóźnienia Ivo mógł nam poświęcić tylko godzinę.





Akwarium morskie w salonie Ivo Rudickiego (fot. PK)



Zaplecze zbiornika morskiego (fot. PK)

Hodowla pełna bulgotu

Udaliśmy się więc za właścicielem do pokoju hodowlanego. Tu kolejne zaskoczenie, ponieważ pomieszczenie to okazało się bardzo małe. Oczekiwaliśmy wielkiej hali, a tymczasem cała hodowla mieści się w pomieszczeniu wielkości ok. 3 x 3 m! Pierwsze wrażenie po wejściu do środka – wszechobecny bulgot filtrów gąbkowych napędzanych powietrzem. I wszędzie regały, półki, półeczki, dosłownie każda wolna płaska powierzchnia (łącznie z większą częścią blatu niewielkiego stołu przy oknie) zastawiona pojemnikami z rybami. Akwaria były wszędzie, nie wiedzieliśmy, na co najpierw patrzeć.




Pomieszczenie hodowlane – akwaria, akwaria, akwaria... (fot. PK)



... i jeszcze trochę akwariów, oraz kolbki, w których wylęga się artemia (fot. PK)



Dlaczego nie wykorzystać również narożników między stelażami? (fot. PK)



Stół to równie dobre miejsce na wylęg narybku, jak każde inne (fot. PK)


Kilka zbiorników było dość sporych, na oko ze 200 l pojemności, ale większość stanowiły maluchy pojemności 20-30 l., robione specjalnie na zamówienie, pod wymiar do regałów, tak by udało się to wszystko sensownie rozplanować nie marnując miejsca. Dużo też było całkiem małych plastikowych pojemników, w których pływał sobie i podrastał narybek. W oczy rzucało się jeszcze jedno – niemal absolutny brak wijących się wszędzie przewodów elektrycznych, tak charakterystycznych dla pomieszczeń z większą liczbą akwariów. Chwila uważnej obserwacji pozwoliła wyjaśnić dziwne zjawisko – otóż niemal wszystkie filtry w akwariach napędzane były powietrzem. Grzałek nie było, a oświetlenie zamontowane zostało od spodu półek regałów. Taki system spowodował, że jedynym tu i ówdzie widocznym „okablowaniem” całej hodowli były przezroczyste wężyki prowadzące powietrze do filtrów. Bardzo wygodne rozwiązanie!

Ryb całe stada

Największą atrakcją hodowli Iva były oczywiście proporczykowce. Bardziej szczegółowe informacje o cennych i rzadkich gatunkach oraz o warunkach ich hodowli można znaleźć w ramce, ponieważ poprosiłem o współpracę Wojtka Stańczaka z WTA, który zgodził się skreślić na ten temat parę słów. Z innych gatunków obecnych u Iva dla mnie najciekawszy okazał się Tanichthys micagemmae, gatunek kardynałka z Wietnamu, opisany dopiero w 2001 roku. Piękna i bardzo nietypowo ubarwiona ryba, choć na pierwszy rzut oka widać, że to jednak kardynałek.




Kardynałki Tanichthys micagemmae (fot. PK)

Inne ciekawostki, rzadko spotykane w Polskich sklepach, to np. pochodzące z Australii prześliczne, niezwykle ubarwione Pseudomugil gertrudae, babki Chlamydogobius eremius (w dwóch odmianach, zwykłej i ksantorycznej), czy cała chmara potomstwa głowaczyków barwnych Tateurndina ocellicauda..




Nothobranchius kilomberoensis (fot. WS)



Fundulopanchax sjoestedti (fot. WS)



Fundulopanchax sjoestedti (fot. WS)



Fundulopanchax gardneri gold Rudicky (fot. WS)



Fundulopanchax puerzli (fot. WS)

Zakupoholicy

Po zapoznaniu się z tym, co mieszka w zbiornikach, rozpoczął się istny bieg przez płotki (czy raczej – przez akwaria!). Mieliśmy mało czasu, a w końcu przyjechaliśmy tu po ryby! W ruch poszła Lista Rudickiego i zrobiło się trochę nerwowo, bo prawie każdy chciał coś kupić dla siebie, a przecież mieliśmy jeszcze zdobyć ryby dla kolegów i koleżanek, którzy nie mogli z nami przyjechać. Ivo po raz kolejny wykazał się anielską cierpliwością i opanowaniem – ze spokojem, metodycznie odławiał kolejne osobniki kolejnych gatunków, cały czas panując nad tym, co kto chce kupić i kto ile sztuk potrzebuje.




Ivo w trakcie odłowów (fot. PK)

Wtedy też okazało się, że nie wszystkie gatunki na naszej Liście Rudickiego są u niego przez cały czas dostępne. Większość można zamówić, ale trzeba poczekać na sprowadzenie. Dlatego nadzieje niektórych z nas na kupienie od ręki wyjątkowo rzadkich gatunków zostały rozwiane. W wielu wypadkach, pomimo faktu obecności jakiegoś gatunku w akwarium, nasze pragnienia rozbijały się o zbyt małą liczebność osobników. Ivo miał na to jedną odpowiedź – rozmnożą się, będzie można kupić; wcześniej nie. Jednak pomimo tego nikt nie wyszedł z pustymi rękami. Nowych właścicieli znalazło i kilka gatunków proporczykowców, i P. gertrudae, i kardynałki T. micagemmae. W sumie zakupiliśmy ponad 80 ryb, a u Ivo obowiązuje tylko jedna cena – 20 koron za osobnika. Zdecydowanie warto było! Ryby zostały profesjonalnie popakowane w foliowe worki, w każdym worku wylądowała jedna pastylka „tlenu w tabletkach”, a Ivo dał nam na cały ten „urobek” wielkie pudło wyłożone w środku styropianem. Uregulowaliśmy należności, pożegnaliśmy się i ruszyliśmy w drogę powrotną.





I wszystkie ryby zostały starannie zapakowane... (fot. PK)



... i umieszczone w styropianowym pudle (fot. PK)

Bez winietki ani rusz

Byliśmy już na tyle zmęczeni, że podjęliśmy decyzję o kupnie winietki na najbliższej stacji benzynowej i pojechaniu jak najdłuższego kawałka autostradą. Koszt po rozłożeniu na 4 osoby był prawie żaden, a zysk czasowy i komfort jazdy był dla nas bardzo cenny. Droga powrotna, trwająca 5 godzin, minęła nam bez przygód – trudno się dziwić, w drodze do Ivo wyczerpaliśmy limit przeszkód na kilka wyjazdów!


Ivo Rudicky

Ivo Rudicky zaczynał swoją przygodę z akwarystyką tak, jak duża część z nas – w wieku 10 lat, od kilku gupików w słoiku z wodą. Od tego czasu, już przez 30 lat, wciąż zajmuje się akwarystyką. Po słoiku nadszedł czas na pierwsze akwarium, z molinezjami, zmienniakami i neonkami. Ale prawdziwa pasja rozpoczęła się, gdy znalazł w książkach zdjęcia ryb karpieńcowatych – od razu wiedział, że to właśnie TO! Pierwszymi rybami karpieńcowatymi Ivo stała się para Aphyosemion australe, przywieziona z Brna. W 1988 roku Ivo został członkiem-założycielem czechosłowackiego klubu hodowców ryb karpieńcowatych. W sumie w zbiornikach Ivo gościło około 200 gatunków i odmian karpieńców, większość z nich udało mu się rozmnożyć. Do swoich największych osiągnięć zalicza wyselekcjonowanie szczególnej odmiany barwnej Fundulopanchax gardneri gold, którą koledzy z klubu ochrzcili mianem Fundulopanchax gardneri gold Rudicky. Ryby hodowane przez Ivo zdobywały także nagrody na międzynarodowych wystawach, m.in. we Francji, Danii i Holandii.



Wojtek Stańczak o hodowli Ivo

Na hodowanie karpieńców Ivo znalazł ciekawy sposób – akwaria są małe, spartańsko urządzone, ryb też niedużo, ale karmione specyficznie najwyraźniej czują się dobrze. Większość zbiorników w hodowli ma około 20 litrów, choć zdarzają się mniejsze – np. Rivulus xiphidius musiał się zadowolić plastikowym pojemnikiem o pojemności około 7 litrów, z wypełniającą go niemal całkowicie kępą mchu jawajskiego. W nim straszliwie gruba samiczka składała ikrę, z której wciąż wylęgał się zdrowy narybek. Jako miłośnika Chromaphyosemion przyciągnęły mnie wspaniale wybarwione, ale niestety bardzo płochliwe Ch. poliaki i Ch. splendopleure. Na szczególną jednak uwagę, moim zdaniem, zasługują Epiplatys togolensis, Aplocheilus kirchmayeri, Nothobranchius kilomberoensis, Pachypanchax sakaramyi, Simpsonichthys suzarti, no i oczywiście moje ulubione Chromaphyosemion. O tych ostatnich to może nie tym razem, ale popatrzmy na pozostałe gatunki. Są to bardzo rzadko spotykane w hodowli gatunki, na wystawach także są niemal nieobecne.

Epiplatys togolensis:
U Ivo szczupieńczyki miały duże, jak na tą hodowlę, akwarium – około 50 – 70 litrów, w którym pływało spore stado kilkudziesięciu osobników. Samczyki przeganiały się, imponowaly samiczkom – generalnie sielanka. Mimo tego, że w akwarium nie było właściwie nic poza filtrem i niewielką ilością mchu, unoszącego się pod powierzchnią. Powierzchnia wody upstrzona osłonkami jaj solowców wyraźnie wskazywała na karmę, jaką otrzymywały ryby. Sądząc z ich kondycji całkiem im to pasowało. W akwarium tym były także młode, ksantoryczne proporczykowce z Cap Lopez. Szczupieńczyk E. togolensis występuje w naturze na terenach nizinnych na południu Ghany, poprzez Benin, Togo, aż do południowej Nigerii, w płytkich potokach o słabym nurcie i piaszczystym dnie. Woda kwaśna o temperaturze 20 do 28 stopni. Jest rybą powierzchniową, żywi się wyłącznie opadłymi na powierzchnię wody owadami, wśród których przeważają mrówki. Rozmnaża się je w zbiornikach około 60 litrów, z roślinami powierzchniowymi i piaskowym dnem, jak zwykle u szczupieńczyków. Narybek wykluwa się po około 2 tygodniach od złożenia ikry a wybarwia po 7 miesiącach. Żyje zwykle do 3 lat. Ja doliczyłem się 15 form tego szeroko rozpowszechnionego w naturze gatunku.

Aplocheilus kirchmayeri:
Te niewielkie rybki pływały u Ivo w małym akwarium w formie trapezu, o pojemności około 15 litrów (na oko). W zbiorniku była cieniutka warstwa żwirku, która ledwie przykrywała dno, oraz spora kępa mchu. Kiedy zaczęliśmy strzelać lampami i kręcić się po pokoju z akwariami, ryby niestety skutecznie zakopały się w mchu... A. kirchmayeri pochodzi z okolic Margao w południowozachodnich Indiach, gdzie jego przetrwanie jest zagrożone. Zajmuje potoki, pola ryżowe, rejony zarośli magrowych o stosunkowo słodkiej wodzie o dnie piszczystym. Wybiera rejony o wolnym nurcie i głębokości około pół metra, z wodą o temperaturze 22 do 32 stopni, gdzie poluje na owady na powierzchni wody. Rozmnaża się wśród powierzchniowych roślin składając na nich ikrę, która nie wymaga diapauzy. Tarło zwykle jest organizowane w zbiorniku 40 litrowym przy użyciu tria, akwarium nie jest wypełniane wodą całkowicie, dno powinno być piaszczyste a na powierzchni rośliny pływające lub pęczki wełny. Wylęg następuje po około 2 tygodniach a narybek w wieku około pół roku jest gotowy do tarła. Żyje około 3 do 5 nawet lat. Znanych jest około 5 form barwnych tego gatunku.

Nothobranchius kilomberoensis:
Stadko zagrzebek (2 samce i kilka samic) pływało pod akwarium ze szczupieńczykami A. kirchmayeri, w identycznym zbiorniku. Jedyną różnicą był torf, pokrywający dno zamiast żwiru. Ryby, zwłaszcza samice, były niestety wyraźnie stare i zmęczone, a i zebranej ikry było niewiele, tak że nie mieliśmy jak nabyć tego gatunku. Gatunek ten zasiedla okresowe stawy na równinie zalewowej rzeki Kilombero we wschodniej Tanzanii. Wybiera dno miękkie, muliste. Woda lekko kwaśna, o temperaturze 22 do 32 stopni. Żyje około 1 roku. Jak wszystkie zagrzebki, składa ikrę w podłożu, nie nurkując w nie. Jajeczka są składane początkowo na powierzchni dna, po czym samiczka wbija je w głąb uderzeniami płetwy ogonowej. Żywi się głównie owadami opadłymi na powierzchnię wody. Ikra wymaga przesuszenia przez około 2 miesięcy do prawidłowego rozwoju.

Simpsonichthys suzarti:
Ten nieszczęśnik trafił u Ivo do kilkulitrowego pojemnika z mchem i głębokim torfem na dnie. Ja zauważyłem tylko jednego samca i jedną samicę. Ale pod stołem było chyba 2 albo 3 worki z zebranym torfem i, miejmy nadzieję, ikrą. Pojemnik stał sobie na stole i nie miał nawet filtra. Ale tak na wygląd, to chyba woda była w dobrym stanie, bo ryby wyglądały dobrze, zatem podmiany musiały wystarczać. S. suzarti pochodzi ze stanu Bahia w Brazylii, wyłącznie z terenów zalewowych Rio Pardo. W naturze jest gatunkiem zagrożonym. Zajmuje płytkie zastoiska z ciemnym, zamulonym lub pokrytym opadłymi liśćmi dnem. Woda lekko kwaśna do neutralnej, o temperaturze od 24 do 34 stopni. Jest rybą typowo sezonową. Żyje około 1 roku. Ryby te całkowicie nurkują w dnie w celu złożenia ikry, dlatego w akwarium hodowlanym dno musi mieć głębokość co najmniej 8 centymetrów. Do rozmnożenia zazwyczaj poleca się 40 litrowe akwarium dla tria ryb, w zbiorniku koniecznie trzeba zapewnić kryjówki i niezbyt mocne, rozproszone oświetlenie. Należy do ryb stosunkowo trudnych do rozmnożenia. Inkubacja ikry nie może być krótsza niż 4 tygodnie.

Pachypanchax sakaramyi:
Szczerze mówiąc, u Iva nie zauważyłem ich. Więc nie wiem jak były trzymane, choć domyślam się, że w którymś z większych zbiorników, żeby się nie zamordowały. To, że nie zauważyłem tego zbiornika nie było niczym dziwnym, przy tej liczbie zbiorników i ryb. I tak małej ilości czasu. Na pocieszenie dodam, że byłem jedynym, który zauważył Ruvulus xiphidius. I nawet udało mi się pstryknąć mu fotki! P. sakaramyi występuje na ograniczonym obszarze w pobliżu góry Ambre na Madagaskarze. Preferuje wolno płynącą wodę ponad dnem z drobnego piasku. Woda lekko kwaśna do neutralnej, o temperaturze 18 do 26 stopni. Samce, zwłaszcza starsze, są dość agresywne. Odżywia się opadłymi na powierzchnię wody owadami, głównie mrówkami. Rozmnaża się w roślinach powierzchniowych, składając ikrę na liściach i korzeniach, dlatego akwarium powinno być wypełnione tylko częściowo wodą (jest dobrym skoczkiem) oraz mieć zarośniętą powierzchnię. Dla tria konieczne jest zapewnienie zbiornika około 80 litrowego. Narybek wykluwa się po około 2 tygodniach, a po dalszych 5 miesiącach jest gotowy do tarła.

Wszystkie ryby w hodowli są karmione larwami solowców, które nie są (!!) oddzielane od łupinek jajeczek. Zawsze „produkują się” trzy spore kolby z zupą jajek. Specjalnie piszę „zupą”, bo ja trzymając się opisów wykluwania daję znacznie mniej jajeczek do znacznie większej ilości wody. A jednak u Ivo solowce się wykluwają i ryby się mnożą. Choć pozostaje na powierzchni nieładny kożuch osłonek. Oprócz solowców widziałem kilka pojemników z doniczkowcami, ale sądząc z ilości tylko dla części ryb i jako pokarm uzupełniający.